|
|
| Oglądasz wiadomości znalezione dla zapytania: biesiadnych z chwytami |
|
|
| Kupię wszystko | |
Byle nowe i atrakcyjne ceny ilosci hurtowe. Andrzej śpiewniki studenckie - teksty, chwyty gitarowe, rysunki humorystyczne, szanty, ballady, biesiadne, studenckie, żeglarskie - kilka setek egzemplarzy. Nowe, z drukarni, w paczkach. Cena hurtem 5 zł/szt. Arjano | |
| _wiersz2_ | |
wojtekf : Poprzez twoje przykłady robią mi się (zajady?) ...... (zajady)!! Od śmichu-chichu nikt nie umarł, a niejednego ze śpiaczki wyciągnęło ! (...) Powyżej zacytowany kawałek przechodzi bez uszczerbku i co najmniej pięciokrotnie kryteria "Testu Grażyny Leśniak", zatem jako taki nie może być już dłuzej zwany "kawałkiem" czy też "kupletem biesiadnym" , a zyskuje przynależne mu miano NIEBANALNEGO UTWORU POETYCKIEGO. Trafiony, zatopiony. Racja, kumie Wojciechu, racja. Nie dosyć, że chwyt formalny zastosowany w tymże sklasyfikowano (gdzieżby indziej !) juz w antyku, to jeszcze dzięki niemu ów wiersz jest szalenie funkcjonalny, bawi do łez umysły przerafinowane, nawiązując tym samym do obszernej tradycji utworów obscenicznych, takiego na przykład Naborowskiego, że jeno do jednego, za to mistyka i oddanego kościołowi poety metafizycznego nawiążę. (...) a teraz żegnam Panią nisko chyląc skroń i by nie zmierzac w banału stronę całuję Panią w .... dłoń? ....... nie ..... w śledzionę. Co za język !!!!!!!! Dziękuję z całego ...nie, nie,nie jelita grubego, jeno serca ;) Grażyna | |
| Śpiewnik GG | |
PYTANKO ODNOŚNIE TEMATU Mam spory zbiór (dziesiątki... ) piosenek o tematyce górskiej, turystycznej, studenckiej, biesiadnej. Do tego są chwyty lub nuty z akordami. Mam też GOTOWCA - kieszonkowca, czyli śpiewnik turystyczny wydany wiele lat temu przez Turystyczny Klub Ondraszek z Cieszyna. Można go skserować po tak robiłam dla swoich grup. W zestawie np. Beskidzie...;Orawa;Cygańska ballada;Hawiarska koliba;Ballada bieszczadzka;Czerwony pas;Sokoły i inne... Problem taki....że nie wiem jakie piosenki WAM odpowiadają Mogę pomóc ale muszę wiedzieć co chcecie Pozdrawiam (muzycznie) | |
| 30 Seconds To Mars | |
Nikt mi nie powie, że ten klip był jakimś przełomem ekologicznym. Za dużo "zobaczcie jacy jesteśmy wylansowani" ani ten ani żaden inny od czasów "earth song" Jackson'a. ale nie o to mi chodzi. lepiej żeby gadali sobie ludzie na osiedlu którzy do nikogo nie trafiają, ja nie zaprzeczam że to dobry chwyt marketingowy, tylko pytam czemu nie jeśli ma kogoś przekonać? nie mówię o 13stkach co szaleją za jaredem, mówię o ludziach którzy spojrzą "o nawet taki zespół biesiadny jak 30stm nie kręci tylko klipów w vegas, ale coś tam próbuje przekazać". no i już napisałem że ja nigdy nie podchodziłem do 30stm jako wylansowania czy machania grzyffką bo dla mnie od początku byli 'wylansowani' na swój sposób a teraz modnie pojechać i ustawić ich obok mcr czy p!atd bo lecą na vivach itp. tak samo ja nie dzielę płyt na "gorsza" , "bardziej emo" itp. bo słucham obu ciągiem i to ciągle to samo 30stm. no, a As I Lay Dying potrzebuje krowy, zawsze jest powód żeby coś wyśmiać, proste ba. | |
| Gitara klasyczna - trudne początki?... | |
Powiedzmy że gram na instrumencie. No ja miałem też nie zbyt łatwe początki. Nie były one spowodowane nieznajomością chwytów, bólem palców, itd tylko brakiem czasu. Do gitary siadałem zależnie od tego jak mi się nudziło. Jestem samoukiem. Prez 2,5 lat nie mogłem znaleźć sobie żadnej piosenki(łatwej) do grania. Gdy dostałem pierwszy śpiewnik to już sam się nauczyłem grać. I teraz na dzień dzisiejszy potrafiłbym zagrać ok. 30 piosenek i 3 muzyczki bez tekstu. Tak więc muszisz mieć dużo czasu! Dużo samozaparcia! Być wystrzymałym na ból! P.s. Zapisz sie do harcerstwa to sie szybko nauczysz. Może ja nie chodze, ale duża część granych przezemnie to harcerskie, szanty, biesiadne(niektóre zaj...trudne ale przejdą). A i strony podaje http://www.chords.pl/ (trzeba sie zalogować!) jak chcesz chwyty to se w Google wpisz "chwyty" i ci wyszuka. Narqa | |
| Humor | |
Łojezu, jakie to stare, mam nawet chwyty gdzieś do tego w moim Śpiewniku Biesiadnym, pamiętam jak na imprezach w robocie co chwilę kazali mi to grać xD | |
| aktualności | |
na potrzeby wyjazdu do Krywego!! 28.04 do 2.05 bez gitary będzie lipa aaa a myślalem że zakładacie jakis zespół czy cuś. W sumie takie granie biesiadne chwytami nie jest zbyt skomplikowane i sporo ludzi umie tak grac wiec powinniescie kogos znalezdz. | |
| Newerendin" Stori | |
Far, far away - za górami, za lasami, za siedmioma jeziorami, był sobie młody, lecz zdolny, trener drużyny koszykarskiej. Podjął się on bardzo trudnego zadania jakim było niewątpliwie wykradzenie powszechnie uważanego za największy na ¦wiecie odcisku dłoni Romana oraz Anana Kofana znanych z dobrego przygotowania mentalno - motorycznego. Potwierdził to okoliczny wieśniak, który był miłośnikem keczupu i kultury rumuńskiej opiewanej w licznych legendach o sektorze H1. Sektor ten był nadzwyczaj gęsto porośnięty zdziczałymi, grubymi, przypominającymi wyprostowany, środkowy palec ,którym pokazywali rosnące na łące kwiatki koloru zgniłego buraka. Sektor ten posiadał też niebanalnych lokatorów, wśród których najbardziej wyrożniał się pan Tirówka wraz ze Stasiem zwanym "małpką", którzy to wspólnymi siłami reaktywowali zespół piosenki biesiadnej noszący nazwę "Urwipołcie z dzielnicy"będący kiedyś dzecięcym koszmarem nocnym wielu porządnych ludzi, którzy słuchają radia, będącego radiem wszystkich głupeczków. Ich hobby było niegdyś frywolne, odbywające się na czerstwym, jałowym ugorze, dumnie nazywanym "Stodołą Misiów", nolens volens kraplak, czyli ubijanie kupy krzywym kijem.Podczas jednej z zabaw melanż mocherowych beretów Stasio małpka postanowił, że zostanie królem sedesu, co udowodnił już znacznie wcześniej poprzez słynny chwyt
| |
| Fryzury, ubiór, styl | |
To musiał być naprawdę błyskawicznie organizowany ślub, zapewne nie było czasu na dokładniejsze przymiarki... zastanawia mnie jednak ta, kompletnie do niczego nie pasująca, koszula - pomarańczowa alternatywa, te klimaty? ;P A moja krótkowzroczność na początku podpowiedziała mi, ze ów pan ma za krótkie spodnie i doskonale widoczne pasiaste skarpety, ale na szczęście dokładniej się przyjrzałam i Jednak Nie - chwała mu chociaż za to ;P Jes jes jes! Już dziś zaczynam ściągać i uczyć się tekstów wszystkich możliwych pieśni biesiadnych, w takim fantastycznym stroju wszystkie chwyty dozwolone ;P Coś w ten deseń? Siostro, będziesz najpiękniejsza! Dokładnie tak! Tylko niechaj złota będzie - wszak uwielbiam połączenie żółci z biebieskością (a niebieskie będą właśnie lakierki, paznokcie i koniecznie usta) :P (jeżu, podziwiam szaloną wizję tapetową na tym zdjęciu) | |
| spotkanie z gitarą ;) | |
Wszystkich posiadających gitary, umiejących grać lub dopiero chcących się nauczyć, z naszej oazy i niekoniecznie zapraszam na spotkania z gitarą Wstępny termin ustalam na następny czwartek tj. 3.04 na godzinę 17:00 oczywiście w naszej salce. Proszę o wypowiadanie się w tym temacie na temat co konkretnie chcielibyście wiedzieć na temat gitarów i czego chcielibyście się konkretnie nauczyć: czy raczej piosenek tylko religijnych, czy też biesiadnych a może specjalnych "palcówek". Piszcie też tytuły utworów, które lubicie i chcielibyście się nauczyć grać na gitarze. W miarę możliwości służę śpiewnikami i opracowaniem chwytów gitarowych Mam nadzieję, że mam do czynienia z ludźmi, którzy chcą się czegoś nauczyć i wiedzą w jakim celu będą przychodzić na spotkania, więc sądzę że nasza współpraca będzie bardzo owocna i na tegorocznych wakacjach każdy z Was będzie mógł "zaszpanować" umiejętnością gry na gitarze Jeszcze raz serdecznie zapraszam i pozdrawiam
| |
| Koncert The Rasmus w Warszawie | |
ja już mam obcykany tekst dla Eera względem jego urodzin [hahaha] laurkę muszę zrobić jutro wieczorem, MUSZĘ no! [hahaha] jeszcze bym im sprezentowała jakiś śpiewnik z polskimi piosenkami (takimi biesiadnymi [hahaha] x 999999) i chwytami na gitarę, tylko a) nie wiem, gdzie tu dostać i b) nie mam raczej kasy [hahaha] Mele, rozwaliłaś mnie z tymi odrostami, już sobie wyobrażam, jak będę wyglądać wtykająć nos w jego włosy, kiedy będzie mi podpisywał... no właśnie, co mu dać do podpisania?? [hahaha] wiecie, że to już POJUTRZE??????? [hahaha] | |
| Nauka gry na gitarze, początkujący | |
Hm... Ja osobiście nie popieram nauki u nauczycieli.. Ewentualnie jedna-dwie lekcje, 'aby Ci powiedział co to gitara i do czego służy'. Dlaczego nie popieram? Bo taka nauka bardzo Cię ograniczy... Chyba, że interesuje Cię gra wyłącznie chwytami, to można ewentualnie (większość biesiadnych i kościelnych pieśni napisanych jest chwytami). Ile kosztuje-nie wiem. Po mojemu, to najlepiej wychodzą samouki. Polecam jakiś kurs internetowy. | |
| Psychotropowy Spiewnik Ogniskowy :) | |
Ponieważ ognisko zbliża się wielkimi krokami, wątek gitarowo-biesiadny. Jego celem jest uzgodnienie repertuaru i stworzenie warunków to szlifowania umiejętności przez publicznym wydarciem ry...a Wrzucając piosenkę proszę umieszczać: - tytuł, autora - media z wrzuty lub youtube (tag [movie] ) - treść - chwyty/tabulaturę. | |
|
pytanie - gra | |
witam wszystkich!!! mam pytanie typu jak sie uczyć gry piosenek biesiadnych?? mam prawie wszystkie piosenki zapisane w stylu chwytów A d a C G7 itd ale u mnie jest taki problem ze nie umiem jakoś dojśc do ładu z tymi chwytami i za każdym razem co gram to mi nic nie wychodzi w zwiazku z tym czy znacie moze jakiś szybki i łatwy sposob na nauke tych chwytów?? albo jak nie łatwy i szybki to moze chociaż dlugi ale bardzo skuteczny?? z góry dziekuje pozdrawiam Ehh, mogłeś się chociaż pofatygować żeby napisać o co chodzi w tym pytaniu :] | |
| Czacik | |
"Na Wojtusia z popielnika" - moja pierwsza piosenka na klasyku 2 akordy a E http://www.chords.pl/chwyty/biesiadne/10824,na_wojtusia/ | |
| Potrzebuję taby na STO LAT (początkująca) | |
| LETNI BASEN - odnowić !! | |
„Budowa Centrum Sportu i Rekreacji przy ul. Portowej” Założenie zawarte w projekcie podzielone jest na dwie części. -część basenową -część z boiskami sportowymi. Na terenie opracowania zlokalizowane są obiekty i urządzenia: Budynek „I” zaplecza szatniowo – sanitarnego. W budynku znajda się m.in.: szatnia ogólna, szatnia basenowa, kasa z systemem naliczania opłat, sanitariaty, sauna, pokój ratowników, pokój ochrony, pomieszczenie pierwszej pomocy. W drugim skrzydle budynku została zlokalizowana kawiarnia. Jej układ pozwala na korzystanie z niej przez użytkowników przebywających na basenie oraz przez osoby z zewnątrz. W budynku znajdzie się również klub fitness, sala do masażu, solarium, kręgielnia, oraz szereg pomieszczeń służących do obsługi całego kompleksu z pokojem personelu i salą konferencyjną. Baseny zewnętrzne W tej części kompleksu zaprojektowano basen rekreacyjny dla dorosłych i brodzik dla dzieci ze specjalnym bezpiecznym podłożem. Basen większy ma charakter rekreacyjny i będzie zaprojektowany z zadaszeniem. Planowane jest wyposażenie go w „rwącą rzekę” , dwie ślizgawki, bicze wodne, leżanki do masażu wodnego. Budynek „II” przy boisku wielofunkcyjnym. Jest zlokalizowany przy strefie sportowej. Posiada zaplecze szatniowo – sanitarne dla obsługi boisk. Znajdą się tam również pomieszczenia - magazyn na sprzęt sportowy, punkt obsługi, toalety. Korty tenisowe Mini golf. Na terenie mini golfa przewiduje się dziewięć stanowisk do gry o różnym stopniu trudności. Plac zabaw Na placu zabaw przewiduje się zastosowanie powierzchni bezpiecznej. Zaplanowane zostały urządzenia do zabawy – huśtawki, karuzela, piaskownica, sprężynowce, drabinki wspinaczkowe. Altana z grillem W zadaszonej altanie planuje się usytuowanie stołów biesiadnych oraz murowanego grilla. Boisko wielofunkcyjne Boisko wielofunkcyjne to główny element zespołu sportowego w zachodniej części działki. Teren boiska będzie ogrodzony i zabezpieczony przez piłko chwyty. Boiska do piłki plażowej Ścianka wspinaczkowa. Zaprojektowana jako jedna ze ścian budynku zaplecza z własną strefą bezpieczną. Scena. Planowana jest scena systemowa plenerowa z zadaszeniem. Na działce planuje się wykonanie pełnego uzbrojenia terenu. Planuje się sieci: wodociągową, sanitarną, energetyczną, oświetlenie zewnętrzne, gazową, technologiczną, teletechniczną. Komunikacja w strefie Centrum będzie odbywała się ciągami pieszymi i pieszo jezdnymi. Planowany parking przewiduje około 50 miejsc postojowych. Na całym obszarze opracowania przewiduje się zachowanie w dużej mierze istniejącej zieleni. Zaprojektowana będzie również nowa zieleń, skwery, żywopłoty. | |
| Instrumenty muzyczne | |
Ja gram na czymś! Ja gram! Na nerwach. ;] I odnoszę niebywałe sukcesy w tymże ^^' Dawno, dawno temu... Mar uczyła się grać. Grała na keyboardzie x.X A zaczęło się tak... Moja młodsza kuzynka chodzi do szkoły muzycznej we Wrocławiu, gra na pianinie i flecie poprzecznym (od gimnazjum, wcześniej tylko na pianinie, ale mniejsza z tym ;P). Grała ładnie i przy każdej okazji, co sprawiło, że moja mama zapałała chęcią wysłania mnie na jakieś lekcje muzyczne. Zajęcia takowe były mi do szczęścia kompletnie niepotrzebne, toteż broniłam się przed nimi zaciekle. Aż tu w IV klasie doszłam do wniosku, że może warto by spróbować pograć trochę na tym pianinie i razem z młodszą siostrę rozpoczęłam edukację xD Ku memu zdziwieniu, podczas tych głupich prywatnych lekcji grałam na... Keyboardzie o_O Myśląc, że to stan przejściowy grałam sobie dalej i dalej, czekając, aż przejdziemy do tego nieszczęsnego pianina. Początek był trudny, bo słuchem jakimś wybitnym nie grzeszę, ale później już lekko szło ^^' Wypracowałam sobie do perfekcji kolędy, jakieś stare piosenki i przeboje biesiadne xD (słabość mojego nauczyciela >.<)Tak minęły trzy lata... W końcu porzuciłam nadzieje, na rozpoczęcie nauki na jakimś sensownym instrumencie, który nie kojarzyłby mi się z disco-polo i potańcówkami typu wesela, a w raz z nimi grę. Później była jeszcze schiza na gitarę, która panowała pośród moich koleżanek, gdy zostałyśmy harcerkami :) U mnie na chęciach się skończyło, lenistwo wygrało i gitara wciąż stoi za szafą (tak jak u Thia ^^), ale parę dziewczyn twardo chodziło na lekcje i teraz całkiem nieźle grają :) O, zaraz, ja też umiem jeden utwór. "Wojownicy Pana" xD Dwa chwyty na krzyż, najprostsze bicie :P Koleżanka mnie kiedyś nauczyła. Później próbowała przejść do jakże ambitnych "Piesków małych dwóch", ale te trzy chwyty mnie przerosły :D | |
| _wiersz2_ | |
Jedną z metod rozpoznawania banału jest taka zabawa: zatrzymujesz się w pewnym momencie wersu i próbujesz zgadnąć, co -statystycznie rzecz biorąc - przeciętny użytkownik języka powiedziałby dalej. Zatem spróbujmy: Po pięciu trafieniach gra sie kończy, tekst odpada. Chylę czoła ile ( zdołam?) ........ (zdołam)!! Z wielka atencją przed twoja (inwencją?) ....... (inwencją)!! Wypracować taki test to zaprawdę wyczyn (czyzby jest?)......... (jest)!! Poprzez twoje przykłady robią mi się (zajady?) ...... (zajady)!! Pięć razy nie będę próbował ze wstydem sie (schowam?) ..... (schowam)!! Daruje ci te zajady ( pewnie piję za mało mleka, och ten brak witaminy D ), muz. i słowa ludowe: Mówi wuj do wuja : Jadą wozy jadą Cynamon kupiłem drogo zapłaciłem zapewniam Pania , że ta piosenka budzi wśrod ludzi słuchajcych jej Powyżej zacytowany kawałek przechodzi bez uszczerbku czesc Ci Grażyno!!! a teraz żegnam Panią The Blue Rhino | |
| 1 | |
Na spotkaniu poświęconym pamięci Zbigniewa Herberta w 5. rocznicę śmierci przez Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, 9.09.2003r., siostrzeniec Poety wygłosił przemówienie, którego znaczny fragment niżej: (...)" Nikomu bowiem nie odmawiał[Z.H.] prawa do popełniania grzechów. Natomiast uważał, co zresztą jest zgodne z katechizmowym rozumieniem tej kwestii, że prawdziwe nawrócenie powinny poprzedzać: skrucha, żal za grzechy, spowiedź i zadośćuczynienie. Być może nie ma większego znaczenia, czy np. piekarz dokona owych aktów w samotności, czy też, posypawszy głowę popiołem, padnie krzyżem na posadzkę świątyni podczas sumy w dzień świąteczny. Jednak pisarze, których dzieła mogły prostym ludziom mącić w głowach, winni dokonywać takiego obrachunku publicznie, bez uciekania się do okoliczności łagodzących. Oni bowiem naruszyli ład tego świata w sposób szczególny. Tego też w istocie domagał się Herbert, zarówno gdy pisał w 'Przesłaniu Pana Cogito': "strzeż się jednak dumy niepotrzebnej oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych", jak też w wywiadach i tekstach publicystycznych. Jednym z pewnością sie brzydził: kreowaniem oraz stosowaniem taryfy ulgowej dla pięknoduchów. Zapłacono też mu, zgodnie z jego własnymi słowami,"chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku". Nie miejsce tu na powracanie do opisu tego gorszącego spektaklu nienawiści, którego źródła w równej mierze wypływają z urażonych ambicji, zawiści nie dość utalentowanych oraz ze zwyczajnej głupoty, czyli skrzętnej pracy owego wszędobylskiego demona, odpowiedzialnego za całe zło tego świata. Na konsekwencje tej herbertomachii nie trzeba było długo czekać: imieniem Poety nie udało się nazwać ani mostu w Krakowie, ani uliczki na warszawskich Bielanach, za to dumne miano "Pana Cogito" nadano hotelowi, którego obsługa rekrutować ma się z osób cierpiących na chorobę maniakalno-depresyjną. Wiem, że w żadnym stopniu nie zmieni to faktu, że Herbert "wielkim poetą był", a jednak to wszystko boli mnie i wiernych przyjaciół, którzy nawet przy biesiadnym stole powstają, by wypić za pokój Jego duszy(...) Pod tym(Arcana 53), Rafał Żebrowski zamieścił P.S. " W tekście powyższego wystąpienia popełniłem błąd. Nie było nic prostszego niż go poprawić, a jednak tego nie uczyniłem i to bynajmniej nie ze względu na heurystyczną skrupulatność. Uczyniłem tak, bowiem musi to mieć znaczenie, że choć dobrze wiem, iż krakowski hotel "Pan Cogito" będzie zatrudniać osoby cierpiące na schizofrenię, to jednak ja podświadomie wybrałem wariant informacji, który narzucał pomysłodawcom owego przedsięwzięcia łaczenie pamięci o Zbigniewie Herbercie z chorobą maniakalno-depresyjną. Dlaczego tak się stało? Oczywiście najprostszą odpowiedzią na to pytanie byłaby konstatacja dotycząca przebiegu działań podejmowanych w toku herbertomachii. Jednym z naczelnych środków w niej stosowanych było dezawuowanie niektórych wypowiedzi Księcia Poetów, które miałyby być efektem cyklofrenicznych niedomagań mentalnych. Jednym z pierwszych publicystów, który postawił jasno ową tezę był p.Jastrun, którego przodek....ale nie będziemy zniżać sie do tego poziomu, poprzestając na kronikarskim odnotowaniu radości, z jaką ów pan kwitował w swoim czasie wejście tego chwytu do "kanonu" polskiej poprawności politycznej oraz elementy jego swoistej legitymizacji. Jednak sprawa jest poważniejsza. Mamy bowiem tu do czynienia z eskalacją napaści na pamięć Poety, której część z ich promotorów zapewne się nawet nie spodziewała. Treścią tego procesu jest rozwijanie wątku: ledwo stany depresyjne(które nie są bynajmniej rzadkością w naszym społeczeństwie, cóż dopiero wśród artystów, a tym bardziej mających tak ciężkie życie jak Herbert), stają się najpierw chorobą maniakalno-depresyjną, a już podejrzenia o schizofrenię zdobywają sobie pierwszy przyczółek w świadomości zbiorowej - na razie symboliczny, ale poczekajmy... Tkwi w tym wszystkim tylko pewien szkopuł, a mianowicie owe wiersze i dramaty oraz te eseje, którymi zachwycają się coraz to nowe pokolenia czytelników. W ten sposób manipulując obrazami pamięci o Poecie poniża się nie tylko Jego imię, ale i twórczość. Choć od kilku dziesięcioleci zajmuję się dziejami kultury polskiej, to jednak nie dostrzegam nadmiernego jej bogactwa w dzieła o tej doniosłości i czystości, co dokonania Herberta. Warto się więc zastanowić, czy stać nas na lekkomyślne trwonienie spadku zostawionego nam przez Autora 'Pana Cogito' z powodów tyleż doraźnych, co obarczonych bezmiarem małostkowości". Rafał Żebrowski | |
| Moj fiat na 1/4 oraz pare zdjec ze zlotu | |
prosze nie krzyczec ale taki piekny tekst, ze musialem go wam pokazac by globy Jesieni, jesieni, gdzież to podziało się słońce łagodnie pieszczące złote liście, unoszone delikatnym wiatrem... No, gdzie? Niestety, pierwsze dni listopada nie napełniały optymizmem, gdy patrzyliśmy za okno. Wszechobecna słota, pierwszy śnieg, poranne przymrozki i chęć jak najszybszego schowania się w przytulnym domu zdawały się przeczyć też idei naszego jesiennego spotkania. A jednak, udało się! Mimo sporego stresu, wszak spoczywającego nie tylko na Matce Naturze, sobotni dzień spłatał nam miłą niespodziankę. Oczywiście listopadowa temperatura dała w kość na lotnisku, a wieczorem wystąpiła nieodparta potrzeba wewnętrznego rozgrzania się odpowiednimi trunkami... Lecz słońce, które od pierwszych kilometrów uśmiechało się do nas na Lubelszczyźnie, coraz śmielej pokazując swe oblicze zza gonionych wiatrem chmur, by wreszcie momentami rozgościć na połaciach lakierów naszych Mazd, było niemal spełnionym marzeniem. Pozwólmy jednak wrócić historii do piątku, dnia przed zlotem. Oto chwilę przed 20, w zapłakanej stolicy wysiadam obładowany z taksówki, by stanąć w obliczu błękitnego snopu światła. Klnę na kurierów, dziękuję Bogu za sprawne pogodzenie tysiąca i jednej czynności, szukam w myślach otwartego jeszcze papierniczego. Obracam się, mimo zajętych rąk odpalam papierosa i kieruję swe kroki za łuną, którą rzucało czerwone Coupe ravo. Chwilę jeszcze wpatruję się w wykonywaną kopertę, te ostre cięcia Pininfariny zroszone pod miedzianą latarnią... - Tylko ty mogłeś wysiadać z tak brzydkiej taksówki! - Też się cieszę, że cię widzę – wybieraj menu na obiad i dymamy na Białołękę odebrać koszulki. A ową taksówką też był Fiat. Użytecznie piękna Multipla. Noc była krótka, praca wrzała na 3 pary nożyczek, a obierki z naklejek zapełniły 2 worki na śmieci. Samo życie, delikatne dłonie naszej Koordynator Gadżetów malutkiej prowadziły w tańcu metalu z papierem. Wytrwały niemal do 4 rano, szybki prysznic, godzina snu i przecieramy oczka. Na szczęście wszystko było dopięte na ostatni guzik (no dobra, przedostatni) i możemy pełni głodu wrażeń ruszać w stronę Ryk. Po drodze ustawka z tco_tm i jego Cytryną, krótkie pogaduchy na Orlenie w Zakręcie z Tapirem i Reaganem, pierwsze telefony. Powoli opuszczało nas zaspanie, słońce pukało w okno, a obwodnica Garwolina pozwalała rozkoszować się świeżutką płytą wypaloną na wieczorną imprezę i dźwiękiem dolotu od 20VT. Tfu, to miała być relacja ze zlotu japońskich aut. Na Orlen dotarliśmy względnie wcześnie, spotkanie Klubu MazdaSpeed rozpoczynając od 3 aut, z których żadne nie było spod znaku brwi mędrca: Fiat, Citroen i Scion Crimera, który na stację zawitał najwcześniej. Zdążył już zaliczyć myjnię, gdzie ustawiała się powoli kolejka naszych gości. Mieliśmy spokojną chwilę na zamianę kilku słów, wspomnienie poprzednich imprez i ex-klubowej limuzyny. Zaraz po nas zawitała Dunia z Marcinem i Kają, później stateczny Xedos 9 na porywającej glebie i 18-calowych felgach od RX-8 z Otwocka. Nim się obejrzeliśmy, na Orlen zjechała znaczna grupa Mazd, a my zbieraliśmy kolejno podpisy, wpłaty i rozdawaliśmy pakiety wjazdowe: regulamin, identyfikator, naklejkę, kupony konkursowe i zlotową koszulkę. W między czasie Michallus zorganizował pierwszą kolumnę na lotnisko, gdzie już zjeżdżały się grupy z różnych części Polski pod wodzą swoich Przedstawicieli Regionów. Tam też przenieśliśmy komitet organizacyjny, by na bieżąco obsługiwać wszystkich przy wjeździe. Towarzystwem na stacji zaopiekował się Banior, właściciel niebieskiej MX-6 V6 z Ryk, za co serdecznie dziękuję. Zapakowałem tyłek w swojego bordowego strupa i miałem przyjemność poprowadzić ekipę na lotnisko – z trudem przebijające się przez chmury słońce zdawało się od nas bezsilnie oddalać, ale papieros przy otwartym dachu, taneczne rytmy Timbalanda i dumny widok w lusterku wstecznym podpowiadały mi: „To będzie fajny zlot!”. Kolejne skośnookie maszynki mijały kilometry malowniczej drogi prowadzącej na poniemieckie lotnisko w Ułężu, mieniąc się kolorami i prężąc nadwozia tak ukochane przez fanów marki Mazda, choć tak często strącane w cień motoryzacyjnej sceny przez Europejczyków. Przed obiektem zastaliśmy już długaśną kolejkę, którą zwiewnie minąłem lewą stroną drogi i dotarłem do bramy. Szybka akcja formalna z ustawieniem toi-toi’a oraz uzgodnienie godziny rozpoczęcia OS’u, wjazd osób obsłużonych wcześniej na Orlenie i przystępujemy do wpuszczania kolejnych gości zlotu. Czas jest po naszej stronie. Miałem nieliczną okazję przywitania się z każdym i zamiany kilku słów, ponieważ pobiegłem udzielić informacji z prośbą o cierpliwość przy wjeździe. Niektórzy chwile te wykorzystali do piknikowych pogaduch albo cykania fotek. Z Michałem skoczyliśmy jeszcze na stację po ostatecznie uformowaną kompanię zlotowiczów i w ten oto sposób wstępnie zamknęliśmy listę gości, których przywitał komitet w składzie Zarządu i obecnych Koordynatorów. Czas ruszać dalej w służbowej limuzynie Grzyba, rzut oka na teren oraz cudowny pasaż Mazdeczek, z których niejedna dzielnie zniosła trudy dalekiej podróży, by być tego dnia właśnie z nami. Brawo! Pierwszą atrakcją zlotu był przejazd Odcinka Specjalnego, którego przebieg przygotował kierowca rajdowy Piotrek Wróblewski. W czasie, gdy pierwszych 10 aut stawało do próbnego przejazdu związanego z zapoznaniem toru, nasi uczestnicy łamali pierwsze lody integracyjne, a my z Martą i Mariuszem żonglowaliśmy mikrofonem, by udzielać informacji organizacyjnych i przestrzegać Was o przepisach bezpieczeństwa panujących na lotnisku. Zza aut dało się zauważyć ekipy grillowe, a wodząc wzrokiem od lewej do prawej wzdłuż parkingu nieraz była okazja zawiesić oko... Nie, nie, ta pora roku nie sprzyja odkrytym i opalonym fragmentom kobiecego ciała – ale zupełnie jak kobiety, są samochody, które przyciągają wzrok przez okrągły rok. Do takich należy z pewnością błękitna MX-3 pestka, która choć odarta z krzykliwego letniego obuwia, woziła równie krzykliwe wzory karoserii malowane aerografem. Prawdziwa sztuka, proszę państwa. Gdy ostatnie partie Mazd skończyły wąchać zakręty i mierzyć trudność toru przygotowanego przez Piotrka, rozpoczęliśmy pomiaru czasu indywidualnych przejazdów – w czym pomogły turborękawiczki Duni. Z piskiem opon świetnie komponował się bit głośników, a widoczne z oddali karoserie jakby pod niego zdawały się przechylać i gwałtownie zmieniać kierunek jazdy... Czy to 115-konne rodzinne kombi, czy 230-konne coupe – nasza próba zyskała wielu sympatyków poznania własności swoich i swojego auta, co raczył podkreślić nawet Piotrek. Jednak co działo się podczas tych dynamicznych manewrów w autach, można było się tylko domyśleć po komentarzach naszego wysiadającego opiekuna. Cóż, podobno surowe wychowanie potrafi kreować zmysły – mamy więc nadzieję, że wynieśliście co nieco ze swoich przejazdów i będzie jeszcze okazja doszlifować umiejętności! Dzień przed zlotem niespodziankę sprawiła nam zapowiedź obecności ekipy z programu „Raport” TVN Turbo, pionierskiego kanału motoryzacyjnego na polskim szklanym ekranie. Mateusz Skwirut z obstawą przygotował o nas materiał, zapowiadając przy okazji oficjalne wejście Mazdy na polski rynek. Miejmy nadzieję, że długo wyczekiwany debiut poprzedzony wieloletnim partyzanckim działaniem dealerów będzie sprzyjać również MazdaSpeed, tymczasem kamera pojechała na koniec parkingu, gdzie zgromadziliśmy tuningowe perełki zlotu. Z poczciwych modeli ich właściciele potrafili wydobyć zupełnie nową, zadziorną duszę: MX-3 Karoli w kameleonie, smakowita biała 323 GTX Przemka, czy krwiście czerwona 323F Palkersona z detalami pozwalającymi na zupełnie nową interpretację old-schoolowych już unoszonych reflektorów. Te metamorfozy, naznaczone ogromem serca i pracy, wmieszały się między najnowsze produkty japońskich inżynierów – niczym wiśnia zatopiona w czekoladzie, swe muskuły prężyła RX-8 Reloaded Bartara, obok zdawała się odpoczywać rzeźbiona ogromnym wlotem powietrza twarz „szóśtki” MPS Fazera... Ach, 260 KM musi oddychać. Całości dopełniała niebieska 6 Schlossera z oryginalnym pakietem stylizacyjnym przygotowanym według wyrafinowanej wizji właściciela. Tak inne, odległe, od pierwszej śrubki począwszy, a na doświadczeniu licznika kilometrów kończąc... Jedno wiem, duch Zoom-Zoom drzemie w nich wszystkich, tak jak drzemie w nas przy każdej podróży, chwycie klamki, kierownicy. Karmiąc wzrok każdą z nich z osobna i wszystkimi razem, pośród klubowych flag, w jednej chwili między MX-3 i RX-8 wdarł się ogromny promień światła, który z fioletu bok małego coupe przemienił w intrygującą, butelkową zieleń. Koniec jednak urzekających doznań, w kieszeni odzywały się telefony z przygotowań pasa startowego do zawodów na ¼ mili, a kolejne Mazdy wracały z OS’u i zapełniały tabelę czasów. Z niewielkim poślizgiem odprawiliśmy pierwsze z nich do pierwszych pomiarów na tak sławnej, że aż standardowej na zlotach ćwiartce. Chłopaki z TVN’u oddali się wywiadom z uczestnikami spotkań, a my pilnowaliśmy bieżącego porządku przejazdów i próbowaliśmy wygrać z uciekającym czasem i pogodą. Ta ostatnia już od godzin nocnych przykro doświadczyła nasze południowe regiony, toteż ekipa wielkopolska z powodu śnieżycy zawitała na lotnisko dopiero w okolicach 14. Po kilkunastu godzinach jazdy towarzystwo było nieźle zmęczone. Szum na parkingu zdążył już ustać, ponieważ w OS’ie zostały ostatnie przejazdy, a gros gości zlotu przeniosło swoje szanowne cztery kółka na główny pas lotniska. Mieliśmy więc okazje do przywitania i poznania się. Chętnych miłosiernie obsługiwał Mariusz przy grillu, smażąc pyszną karkówkę w bukiecie najlepszych zlotowych ziół, mniam! Tylko auto malutkiej ciągle zapalone stało gdzieś z boku... Biedactwo musiało przyciąć komara po intensywnej nocy z Zarządem i przed kolejną jeszcze bardziej intensywną nocą z solidną reprezentacją Klubu. W pewnym momencie szaroniebieskie sklepienie nad naszymi głowami i dachami pękło pod ciężarem długo wstrzymywanych porcji śniegu i solidnie sypnęło na płytę lotniska białymi płatkami. Najmniej wesoło mieli akurat startujący w konkurencjach zręcznościowych, na szczęście Matka Natura opamiętała się i po kilkunastu minutach porzuciła swój niecny plan przekreślenia naszej imprezy – do końca dnia zostaliśmy już przeszyci mroźnym, wschodnim powietrzem, ale i rudawymi promykami wcześnie zachodzącego słońca. Wszyscy przenieśli się już nas pas, gdzie startowały kolejne pary w wyścigach na 400 metrów. Podczas gdy jedni pilnowali równych startów i sprawdzali filtrację dróg oddechowych przy zadymionych startach, inni biegali i zwracali uwagę na porządek. Pokaźna kolejka par do ćwiartki zdawała się nie mieć końca, ale każdy pragnął to poczuć... Rozwiać mgłę, jaką snuje codzienność wokół czerwonego pola na obrotomierzu, ostrą jak brzytwa wskazówką wydobyć z silnika dźwięki ekstazy, dobić wreszcie podłogę prawym pedałem i ze 150 km/h przelecieć linię mety... Spuścić z siebie parunastosekudnowe spięcie, pozwolić zwolnić tempo koncentracji na rzecz poczucia triumfu lub zawodu. W między czasie centralnie rozstawiony Cronos Mariusza posłużył jako punkt wyborczy w dwóch konkursach: Tuning Beauty (wybór najładniej stuningowanej gabloty zlotu) oraz Najpiękniejsza Seria (czyli wybranie Mazdy utrzymanej w najbardziej oryginalnym tonie). Niestety, mimo tak bezpośredniego narzucenia się, wyszukanego tuningu w postaci srebrnych drzwi oraz w gruncie rzeczy doskonałej jak na Cronosa oryginalnej formy auto Członka Zarządu Grzyby nie zyskało sympatii zlotowiczów, ciesząc się liczbą zera głosów. Podobnie zresztą naczelny powóz Prezesa, rzadka seria Protege GT na pełnym wypasie i z drobną modyfikacji w postaci otynkowanej karoserii oraz gazociągu, nie spotkał się ze szczególnym uznaniem. Niemniej dziękujemy za głosy i gratulujemy zwycięzcom, którym tytuły te naprawdę się należały! Ale o nich już na forum. Ucięliśmy sobie z ravo mały urlop od ćwiartki, przenosząc się w bardziej ustronne miejsce z laptopem i selekcjonując najlepsze czasy w celu wyłonienia zwycięzców. Na placu boju zostali walecznie faraonka30 (Beata) oraz Michallus (Michał), którzy w chwilach przerwy organizowali wolne przejazdy oraz pomiary aut G-Techem. Szczególnie gorąca sytuacja wynikła w V klasie, gdzie stanęły do boju trzy klubowe gwiazdy – MX-3 Jacola (Jacka) i Mordera (Łukasza) oraz 323F BA xXx (Patryka), wszystkie z przeszczepionym sercem o jakże pożądanym przez innych właścicieli Mazd symbolu KL-ZE. Czytaj: 200 KM, 6 widlastych cylindrów o łącznej pojemności 2,5 litra oraz dzicz tarzana wyrwanego z buszu na asfalcie... Do tego dźwięk przelewanej wiaderkami benzyny tak mięsisty i aksamitny jednocześnie, jaki tylko mazdowskie V6 potrafi z siebie wydać! I wszystkie uzyskały symetryczne 15,51 s na 400 m. Cóż począć, spojrzenie niczym sztylet wysłany w stronę równoległego kierowcy, zielone i poszliii! W ten sposób dotrwaliśmy mimo zimna do późnych godzin popołudniowych i dla niektórych przyszedł czas pożegnania, większość zaś udała się na imprezę wieczorną w Oliwii. Wcześniej podzieliliśmy się, by naszych podopiecznych odholować na popołudniowe odświeżenie po lotniskowych zmaganiach, a Mazdy grzecznie położyć spać na hotelowych parkingach. Sami też potrzebowaliśmy chwili na make-up, skonsumowanie obiadu oraz przydzielenie nagród. Chwilę przed grzecznym rozdaniem pamiątkowych pucharów i dyplomów uaktywnili się papparazzi, jak nigdy... Błysk flesza towarzyszył każdej kolejce, każdemu pląsowi na parkiecie – a tej było ich wyjątkowo dużo. Po wstępnej aplikacji znieczulenia kreatywna ekipa z WLKP porwała mikrofon i zarządziła konkurs na najlepszego Przedstawiciela Regionu, zorganizowanego według sprawdzonych receptur weselnych. Mimo że obok malutkiej (PR Mazowsze) i goofiego (PR Małopolska) inni zdawali się mieć dużą siłę przebicia w zasiadaniu, to właśnie Magdzie przypadło w udziale zwycięskie krzesło. By biesiadnym zwyczajom stało się zadość, odtańczyliśmy w i przed hotelem „Sokoły”, do których przygrywał nam starszy pan na akordeonie. Na śliskich schodach przydatny był ABS, opcjonalne wyposażenie niektórych wersji obuwia. Nie był to jednak koniec zmagań, szybko bowiem Zarząd powołano do slalomu z kołem dojazdowym. Nim zdążyliśmy go rozpocząć, kolega Grzyby podniósł triumfalnie swe koło do góry – wyczuwał pismo nosem, ponieważ najszybciej dotoczył się do mety. Dotoczył albo doniósł, sam już nie pamiętam. Wielkie dzięki dla chłopaków za pomysł zabawy, jesteście nieodzowni na klubowych imprezkach! Przyszedł czas na mniej formalny przebieg naszej integracji... Więcej muzyki, więcej kręcenia tyłkiem, więcej trunków. Wyrabianie i odświeżanie kontaktów szło z każdą minutą coraz lepiej, a rozpaleni klubowi samce podnosili temperaturę parkietu do granic wytrzymałości. Momentami akcja przenosiła się na pięterko, gdzie można było zatopić wzrok w gorących ruchach męskich ciał, tymczasem na sali porwać w tańcu klubowe koleżanki. Zgodnie ze motywem przewodnim pt. „pokaż cycki!”, wielu z nas pozowało do zdjęć bez zbędnego odzienia, a przewodnictwo objął Mariusz – co zresztą widać na zdjęciach. Jakoś po północy mikrofon przechwyciła Marta i przypomniała o imieninach Prezesa, co kosztowało mnie siorbnięcie wielkiego pucharu szampana. Wszystkiego najlepszego składam z tego miejsca wszystkim solenizantom i jubilatom 11.11. Gra w butelkę była już przyjemniejsza, dawno się tak nie wycałowałem! Do późnych godzin nocnych parkietowa gorączka zdawała się nie słabnąć – przyszedł jednak czas wybrać się do łóżka po intensywnie spędzonym dniu, przykryć powiekami radosny spokój po udanym zlocie i obudzić nowe plany ku lepszemu. Mam nadzieję, że wspomnienia zarówno z części lotniskowej, jak i wieczornej będą długo przywodziły uśmiech na Wasze twarze. Dziękuję bardzo wszystkim za przybycie oraz udział w zlocie i cieszę się, że każdy z nas wrócił do domu w jednym kawałku, a ja mogłem poznać wiele nowych osób z Forum i znów zobaczyć stare mordki! Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach Klubu MazdaSpeed... Tak trzymać. Z pozdrowieniami od Proteżyka, Globy Prezes Klubu MazdaSpeed | |
| "Królestwo marzeń" Judith McNaught | |
Siedząc przy głównym stole, obojętna na gwar trzystu biesiadujących dookoła osób, Jenny wbiła wzrok w przeciwległą ścianę sali. Obok niej, niemal stykając się z nią łokciem, siedział mężczyzna, z którym kontrakt ślubny związał ją niemal równie nieodwołalnie, jak mająca nastąpić jutro oficjalna ceremonia zaślubin. Przez ostatnie dwie godziny zmuszona była tkwić obok niego, a przez cały ten czas tylko trzy razy czuła na sobie jego lodowaty wzrok. Wyglądało to tak, jakby nie mógł znieść widoku narzeczonej i czekał tylko na to, żeby pochwycić ją w swoje ręce i zmienić jej życie w istne piekło na ziemi. Rozciągała się przed nią groźna przyszłość, pełna słownych przykrości i brutalnych czynów, bo nawet między Szkotami zdarzało się nierzadko, iż mąż bił żonę, kiedy uznał, że potrzeba jej dyscypliny lub zachęty. Jenny o tym wiedziała, a do tego znała porywczy charakter i złą sławę siedzącego obok rozwścieczonego i zimnego mężczyzny, nie miała więc wątpliwości, że jej przyszłe życie będzie nieustającym pasmem nieszczęść i niedoli. Ucisk w gardle, jaki czuła dziś przez cały dzień, teraz niemalże pozbawił ją tchu, więc dzielnie spróbowała wymyślić coś, czego mogłaby wyczekiwać w owym ponurym życiu, jakie zmuszona będzie wieść. Zamieszka z nią ciotka Elinor, przypominała samej sobie. A pewnego dnia - i to pewnie niedługo, wnioskując z tego, co wiadomo jej o pożądliwej naturze przyszłego męża - pojawią się dzieci, które będzie mogła kochać i otaczać opieką. Dzieci. Przymknęła na chwilę oczy i boleśnie wciągnęła oddech, czując, jak zaciśnięta na gardle pętla powoli się rozluźnia. Maleństwo, które będzie mogła tulić i pieścić, to z pewnością dar, na który można czekać z nadzieją. Powinna trzymać się tej myśli, zadecydowała. Royce sięgnął po wino, a Jenny zerknęła nań ukradkiem. Przyglądał się, jak zauważyła z przekąsem, pewnej szczególnie hożej akrobatce, która balansowała na rękach na ostrych końcach mieczy, ze spódnicą obwiązaną wokół kolan, aby nie opadła jej na głowę - a konieczność ta pozwoliła kobiecie obnażyć aż po kolana kształtne, okryte pończochami łydki. Po drugiej stronie sali trefnisie w spiczastych czapkach z dzwonkami dokazywali przed licznymi gośćmi siedzącymi za stołem, który ciągnął się przez całą długość sali biesiadnej. Odświętne rozrywki i bogato zastawione stoły miały pokazać znienawidzonym Anglikom, iż Merrickowie mają i bogactwo, i swoją dumę. Zdjęta niesmakiem wobec tak ostentacyjnego podziwiania zgrabnych nóg akrobatki, Jenny także sięgnęła po kielich z winem i udawała, że popija z niego po trochu, bo nie musiała wtedy oglądać złośliwych i drwiących oczu Anglików, którzy przez cały wieczór przypatrywali jej się z nieukrywanym szyderstwem. Sądząc z kilku podsłuchanych uwag, osądzono ją już i odkryto w niej same mankamenty. „Patrzcie na te włosy - podrwiwała jedna z kobiet - myślałam, że taki kolor może mieć tylko końska grzywa”. „Spójrzcie na tę wyniosłą twarz - rzucił jakiś mężczyzna, kiedy Jenny mijała go z wysoko uniesioną głową i ściśniętym żołądkiem. - Royce nie będzie znosił tych wyniosłych fochów. Kiedy będzie miał ją w Claymore, wybije jej to wszystko”. Odwróciwszy wzrok od trefnisiów, Jenny spojrzała na ojca, który siedział po lewej stronie. Kiedy przyglądała się jego arystokratycznemu, brodatemu profilowi, serce jej przepełniło się dumą. Miał w sobie tyle dostojeństwa... taką szlachetną postawę. Widując go w dni sądów, gdy wysłuchiwał ludzi i rozstrzygał spory, jakie wiecznie wybuchały między poddanymi, Jenny nie mogła powstrzymać się od myśli, że sam Bóg musi wyglądać podobnie, gdy ze swego niebieskiego tronu osądza każdą duszę, jaka się przed Nim zjawia. Dziś wieczorem jednakże ojciec wydał jej się w dość szczególnym nastroju, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okropne okoliczności. Przez cały wieczór, rozmawiając i pijąc z innymi naczelnikami klanów, wydawał się zatroskany i drażliwy, a jednak... co szczególne... jakby i czymś ucieszony. Coś wyraźnie wprawiało go w zadowolenie. Czując na sobie wzrok Jennifer, lord Merrick zwrócił się ku córce, współczującym spojrzeniem niebieskich oczu omiatając jej bladą twarz. Pochyliwszy się ku niej tak, że brodą łaskotał ją w policzek, rzucił jej do ucha głosem odrobinę podniesionym, ale i tak niesłyszalnym dla nikogo poza nimi: - Nie zamartwiaj się, moje dziecko. Miej w sercu odwagę - dodał. - Wszystko będzie dobrze. To ostatnie zapewnienie wydało się Jenny tak niedorzeczne, że sama nie wiedziała, czy ma wybuchnąć śmiechem, czy płaczem. Dostrzegając w szeroko otwartych niebieskich oczach córki gwałtowny przypływ paniki, lord Merrick pochylił się i nakrył ręką zimną, wilgotną dłoń Jenny, która wczepiała się w tej chwili w krawędź stołu tak kurczowo, jakby od tego miało zależeć jej życie. Wielka, ciepła ręka zamknęła się uspokajająco na jej dłoni, zaś Jenny zdobyła się na nikły uśmiech. - Zaufaj mi - dodał - jutro rano wszystko będzie dobrze. Nastrój Jenny raptownie sięgnął dna. Jutro rano będzie za późno. Jutro rano zostanie poślubiona na wsze czasy temu mężczyźnie, którego szerokie bary obok sprawiały, że czuła się mała i nic nieznacząca. Zdenerwowana, obejrzała się ukradkiem na narzeczonego, ażeby upewnić się poniewczasie, czy nie zdołał w jakiś sposób podsłuchać jej ściszonej rozmowy z ojcem. Lecz uwaga Royce’a skierowana była w zupełnie inną stronę. Nie przyglądał się już od niechcenia nadobnej akrobatce, a wpatrywał się uważnie wprost przed siebie. Zaciekawiona, Jenny potajemnie podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i dostrzegła Arika, który właśnie wszedł ponownie do sali. Zobaczyła, że jasnowłosy, brodaty olbrzym powoli skinął głową ku swemu panu - raz, potem drugi. Kątem oka Jenny ujrzała, że Royce zaciska zęby, a później ledwie dostrzegalnie pochyla głowę, po czym spokojnie i zdecydowanie przenosi spojrzenie z powrotem na akrobatkę. Arik odczekał chwilę, a potem na pozór od niechcenia podszedł do Stefana, który na pierwszy rzut oka wydawał się całkowicie pochłonięty słuchaniem muzykantów. Jenny wyczuła, że właśnie przekazano sobie jakieś informacje, to zaś wprawiło ją w ogromny niepokój, zwłaszcza że w myślach wciąż pobrzmiewały jej ostatnie słowa ojca. Wiedziała, że coś się musi dziać, tyle że nie miała pojęcia co. Trwała tutaj jakaś śmiertelnie poważna rozgrywka i dziewczyna zastanawiała się w duchu, czy przypadkiem od wyniku gry nie zależy cała jej przyszłość. Niezdolna znosić dłużej hałasu i niepewności, Jenny zadecydowała, że uda się w zacisze komnaty sypialnej, żeby tam rozważyć ewentualne, choćby i nikłe, powody do nadziei. - Ojcze - rzuciła prędko, odwracając się ku niemu - dopraszam się, byś mi pozwolił odejść. Chciałabym się udać w zacisze swej komnaty. - Oczywiście, moja droga - odparł natychmiast. - Niewiele miałaś spokoju w swoim krótkim życiu, a tego właśnie potrzebujesz, prawda? Jenny zawahała się na ułamek sekundy, ponieważ czuła, że jest w tym ukryte jakieś podwójne znaczenie, lecz że nie zdołała go odgadnąć, skinęła jedynie głową i podniosła się z miejsca. Kiedy tylko się poruszyła, głowa Royce’a błyskawicznie powędrowała w jej stronę, choć przedtem Jenny gotowa była przysiąc, że nie dopuszczał do siebie tego, iż siedziała obok. - Wychodzisz? - zapytał, wznosząc bezczelne spojrzenie ku jej łonu. Jenny zamarła, bo kiedy wreszcie zdecydował się na nią spojrzeć, ujrzała w jego wzroku zgoła niewytłumaczalną furię. - Czy mam ci towarzyszyć do twojej komnaty? Ogromnym wysiłkiem woli Jenny wyprostowała się sztywno, pozwalając sobie przy tym na ulotną chwilę przyjemności spojrzenia na Royce’a z góry. - Z pewnością nie! - odwarknęła. - Towarzyszyć mi będzie ciotka. - Co za straszny wieczór! - wybuchnęła starsza dama, w chwili gdy doszły do sypialni Jenny. - Och, ci Anglicy patrzyli na ciebie w taki sposób, że przez cały czas miałam ochotę wyrzucić ich z sali i wierzaj mi, iż byłam tego bardzo bliska. Lord Hastings, ten urzędnik z obrzydliwego dworu Henryka, przez całą ucztę szeptał coś do swego kompana po prawej stronie i całkowicie mnie lekceważył, co było ogromnie niegrzeczne z jego strony, nawet jeśli ja nie miałam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. A do tego, moja kochana, nie chciałabym przysparzać ci dodatkowych trosk, lecz wcale mi się nie podoba ten twój przyszły mąż. Jenny, która zupełnie zapomniała, że jej ciotka ma zwyczaj paplać jak mała sroka, uśmiechnęła się z czułością do pełnej dezaprobaty Szkotki, ale myślami była przy innej sprawie. - Ojciec wydał mi się dziś wieczór w dziwnym nastroju. - Zawsze tak o nim sądziłam. - Ale jak? - Że miewa dziwne nastroje.. Jenny zdołała powściągnąć histeryczny atak śmiechu i porzuciła wszelkie próby omawiania wydarzeń dzisiejszego wieczoru. Wstała i odwróciła się tak, by ciotka pomogła jej rozpiąć suknię. - Twój ojciec chce mnie odesłać z powrotem do Glencarin - oświadczyła Elinor. Jenny obróciła gwałtownie głowę i wbiła spojrzenie w twarz starszej damy. - Dlaczego mówisz takie rzeczy? - Bo sam mi tak powiedział. Nic już z tego nie rozumiejąc, Jenny odwróciła się i ujęła staruszkę za ramiona. - Ciociu, co dokładnie powiedział ojciec? - Tego wieczoru, kiedy przyjechałam później niż powinnam - odrzekła lady Elinor, opuszczając smutnie wątłe ramionka - spodziewałam się, że będzie na mnie zły, zresztą zupełnie niesłusznie, bo przecież to nie moja wina, że tak strasznie padało na zachodzie. Wiesz, jak to bywa o tej porze roku... - Ciociu Elinor - przerwała jej Jenny surowym, ostrzegawczym tonem. - Co powiedział ojciec? - Tak mi przykro, dziecko. Tak długo byłam pozbawiona ludzkiego towarzystwa, tyle nazbierałam w sobie chęci do rozmowy, że teraz, kiedy ma mnie kto wysłuchać, jakoś nie mogę się powstrzymać. Były takie dwa gołębie, które przylatywały na okno w mojej komnacie w Glencarin, i tak sobie gawędziliśmy we trójkę, ale, rzecz jasna, gołębie niewiele mają do powiedzenia... W tej chwili, w najbardziej złowieszczym momencie jej życia, ramiona Jenny zaczęły drgać w niepowstrzymanym ataku śmiechu, objęła więc mocno zafrasowaną drobną kobietkę; pierś przepełniała jej nieopanowana wesołość, zaś w oczach zabłysły łzy strachu i wyczerpania. - Nieszczęsne moje dziecko - mówiła lady Elinor, poklepując ją po plecach. - Żyjesz w takim strasznym napięciu, a ja jeszcze dokładam ci zmartwień. No dobrze - przerwała i zastanowiła się chwilę. - Twój ojciec powiedział mi dziś przy kolacji, że nie będę ci towarzyszyć do Anglii, ale mogę zostać do końca uroczystości, jeśli sobie życzę. - Ręce opadły jej bezwładnie i przygnębiona osunęła się na łóżko. Dobra, stara twarz ciotki przybrała błagalny wyraz. - Zrobiłabym wszystko, żeby nie wracać do Glencarin. Bo widzisz, tam jestem taka samotna. Kiwnąwszy głową, Jenny pogładziła delikatnie siwe włosy siostry swej matki, przypominając sobie czasy, kiedy stara dama z energią i skutecznością prowadziła własne wielkie gospodarstwo. To ogromna niesprawiedliwość, że wymuszona samotność i podeszły wiek aż tak odmieniły tę odważną kobietę. - Jutro rano będę go błagać, żeby zmienił decyzję - oznajmiła ze znużoną determinacją. Trwająca cały dzień huśtawka uczuć oraz wyczerpanie spowodowane ciężką próbą, jaką musiała przejść, zaatakowały ją wreszcie ciężką falą potwornego zmęczenia. - Kiedy tylko zrozumie, jak bardzo chciałabym mieć cię przy sobie - dodała z westchnieniem, tęskniąc nagle za przytulnym zaciszem wąskiego łóżka - na pewno ustąpi. Rozdział szesnasty Niemal każdy kawałek zamkowych podłóg - od sali biesiadnej aż po same kuchnie - zajmowali śpiący goście i wyczerpana służba, poukładani na tym, co przywieźli ze sobą lub co udało im się znaleźć, żeby jakoś wymościć sobie twardą, kamienną posadzkę. Wszędzie wznosił się i opadał nierówny chór chrapnięć, rozchodzących się i zderzających ze sobą jak wzburzone morskie fale. Nieprzywykła do wszystkich owych dziwacznych dźwięków, zakłócających spokój ciemnej, bezksiężycowej nocy, Jenny poruszyła się niespokojnie we śnie, potem przewróciła głowę na poduszce i otworzyła oczy, na wpół rozbudzona jakimś nieznanym dźwiękiem czy też ruchem w komnacie. Serce zabiło jej gwałtownie ze strachu, zamrugała, próbując uciszyć rozszalały puls i wbiła wzrok w atramentową ciemność sypialni. Na sienniku leżącym obok wąskiego łóżka Jenny ciotka Elinor przewróciła się na drugi bok. Ciotka Elinor! - uświadomiła sobie z ulgą dziewczyna. Bez wątpienia obudziło ją poruszenie ciotki. Biedaczka cierpiała często na bóle krzyża, dlatego też wolała sypiać na twardym posłaniu niż na miękkim łożu, a i wtedy często kręciła się i przemieszczała w poszukiwaniu najwygodniejszej pozycji. Serce Jenny znów zaczęło bić normalnie, więc przewróciła się na plecy i zadrżała, czując nagły, chłodny powiew... Z jej piersi wyrwał się krzyk, ale w tej samej chwili na ustach zamknęła się czyjaś wielka dłoń i całkowicie go stłumiła. Kiedy dziewczyna, sparaliżowana strachem, wpatrywała się w twarz widoczną ledwie kilka centymetrów od siebie, Royce Westmoreland szepnął: - Jeśli krzykniesz, pozbawię cię przytomności. - Urwał, czekając, aż Jenny odzyska jasność myślenia. - Rozumiesz mnie? - warknął. Zawahała się, przełknęła ślinę, a potem skinęła gwałtownie głową. - W takim razie... - zaczął, odrobinę rozluźniając chwyt. W tej samej chwili Jennifer zatopiła zęby w jego dłoni i skoczyła w lewo, próbując dostać się do okna i zawołać straż. Złapał ją, zanim zdążyła opuścić stopy z łóżka; zranioną dłonią przycisnął jej usta i nos tak mocno, że nie mogła oddychać. - Już drugi raz zraniłaś mnie do krwi - wysyczał przez zaciśnięte zęby, a w oczach płonęła mu furia - i to będzie ostatni. On zaraz mnie udusi! - przemknęła jej straszliwa myśl. Gorączkowo potrząsnęła głową, szeroko otwierając oczy i gwałtownie walcząc o oddech. - Tak lepiej - zaszydził cicho. - Lepiej, żebyś nauczyła się mnie bać. A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie, hrabino - ciągnął, nie zważając na jej rozpaczliwe wysiłki. - Tak czy inaczej, mam zamiar spuścić cię z tego okna. Jeśli jeszcze raz zaczniesz sprawiać kłopoty, stracisz przytomność, a to znacznie osłabi twoje szansę na szczęśliwe dotarcie do celu, bo nie będziesz mogła się przytrzymywać. Zwolnił nacisk dłoni na tyle, żeby dziewczyna wciągnęła powietrze do płuc, ale nawet kiedy Jenny odetchnęła z trudem kilka razy, nie mogła opanować drżenia. - Przez okno? - wybełkotała mu w dłoń. - Oszalałeś? To więcej niż dwadzieścia metrów nad fosą. Nie zwracając uwagi na te słowa, cisnął w nią swoim najbardziej śmiercionośnym orężem - groźbą, która gwarantowała, że Jenny zaprzestanie wszelkich prób oporu. - Arik trzyma w tej chwili twoją siostrę i ma jej nie wypuszczać, dopóki nie dam mu znaku. Jeśli zrobisz coś takiego, że nie zdołam dać mu tego znaku, nawet nie chcę myśleć o tym, co mógłby jej zrobić. Jenny natychmiast straciła resztki ochoty do walki. Wszystko to było jak koszmar na jawie - wszelkie próby ucieczki wydawały się absolutnie bezcelowe. Jutro i tak zostałaby żoną tego diabła, więc jaką różnicę czyni jedna noc więcej wobec czekających ją niechybnie lat nieszczęścia i zamętu. - Zabierz rękę - odezwała się ze znużeniem. - Nie będę krzyczeć. Możesz mi zaufać... Ostatnie zdanie było błędem - wiedziała to już w chwili, kiedy słowa wymykały jej się z ust, zaraz też zobaczyła, jak twarz Royce’a ściągnęła się w wyrazie wściekłej pogardy. - Wstawaj! - warknął, szarpnięciem zrywając dziewczynę z łóżka. Sięgnąwszy w mrok, porwał ze skrzyni aksamitną suknię ślubną i rzucił jej w ramiona. Przyciskając suknię do piersi, Jenny rzuciła drżącym głosem: - Odwróć się! - A może mam ci jeszcze podać sztylet? - odparł z lodowatą drwiną w głosie i zanim zdołała odpowiedzieć, warknął: - Ubieraj się! Kiedy Jenny włożyła już suknię, trzewiki i ciemnoniebieską pelerynę, przyciągnął dziewczynę do siebie i zanim zorientowała się, co zamierza zrobić, wepchnął jej w usta knebel z kawałka czarnego materiału. Potem zaś odwrócił ją i pchnął w stronę okna. Popatrzyła z przerażeniem na długi, gładki mur, który opadał aż do samej ciemnej, głębokiej fosy. Czuła się tak, jakby spoglądała na własną śmierć. Potrząsnęła rozpaczliwie głową, ale Royce pchnął ją do przodu, złapał za mocną linę, którą pozostawił na okiennym parapecie, i obwiązał dziewczynę mocno w pasie. - Trzymaj się sznura obiema rękami - polecił bezlitośnie, okręcając sobie wokół nadgarstka drugi koniec - a stopami odpychaj się od muru. - Bez wahania podniósł ją w górę i posadził na parapecie. Złapała odruchowo za obie strony okiennej futryny, a Royce, widząc w jej wielkich oczach niekłamane przerażenie, dodał oschle: - Nie patrz w dół. Lina jest mocna, a ja spuszczałem już o wiele większe ciężary. Z gardła Jenny wyrwał się jęk, kiedy wielkie dłonie chwyciły ją w talii i bezlitośnie wypchnęły na zewnątrz. - Łap za linę! - rzucił ostro, więc posłusznie wykonała polecenie w tej samej chwili, kiedy uniósł ją poza okienny parapet i przez jedną koszmarną minutę przytrzymał zawieszoną nad ciemną wodą w dole. - Odpychaj się od muru stopami - nakazał. Jennifer, która była już za oknem, obracana i okręcana jak listek na wietrze, zaczęła rozpaczliwie szukać stopami muru i wreszcie zdołała zatrzymać się w miejscu. Wsparła się nogami o szorstkie kamienie i już tylko głową wystawała ponad parapet. Oddychała płytko i szybko, wpatrując się z przerażeniem w twarz prześladowcy. I w tym najbardziej nieprawdopodobnym - a w każdym razie najmniej pożądanym - momencie, kiedy zwisała dwadzieścia cztery metry ponad fosą, utrzymywana tylko przez parę krzepkich rąk i mocny powróz, Jenny miała jedną z niezmiernie rzadkich okazji, by ujrzeć, jak na twarzy Czarnego Wilka maluje się wyraz kompletnego i bezbrzeżnego zaskoczenia. Zza łóżka niczym blada zjawa w białej szacie podniosła się ciotka Elinor, która zapytała władczym tonem: - A cóż wy tu wyprawiacie? Głowa Royce’a błyskawicznie powędrowała w tamtą stronę, a jego twarz przybrała niemal komiczną maskę niedowierzania, bo natychmiast uświadomił sobie, w jak beznadziejnej znalazł się sytuacji: nie mógł ani sięgnąć po sztylet, by zastraszyć staruszkę, ani skoczyć do niej, żeby ją uciszyć. W każdym innym momencie Jenny upajałaby się satysfakcją z powodu takiej bezradności, ale nie teraz, kiedy jej życie dosłownie spoczywało w rękach tego mężczyzny. Po raz ostatni widziała go z profilu, kiedy zwracał twarz w stronę ciotki, bo potem sznur zaczął opadać, a ona sama poczęła zjeżdżać gwałtownymi szarpnięciami po niekończącym się murze, więc pozostało jej jedynie ściskać powróz, modlić się i zastanawiać, co na Boga jedynego dzieje się tam na górze i dlaczego ciotka Elinor w ogóle ujawniła swoją obecność, nie mówiąc już o tym, że w tak niestosownym momencie. Royce myślał o tym samym, wpatrując się przez mrok w starszą damę, która z jakichś tylko dla siebie zrozumiałych przyczyn odczekała z daniem znać o sobie aż do owej chwili. Zerknął na wrzynające mu się w przeguby zwoje liny, odruchowo sprawdził jej naprężenie, a potem wreszcie odpowiedział na jej pytanie: - Porywam twoją siostrzenicę, pani. - Tak właśnie myślałam. | |
| WFRP (Bielon) - Wyprawa [sesja] | |
Bieg na takim dystansie, zwłaszcza tak intensywny bieg, był dla średnio wprawionego Fabrizio niemal zabójczy. Dawno już wszak minęły dobre czasy, kiedy jako żak psocił i figlował w czym chyże nogi były niezwykle wręcz pomocne. Teraz, na przestrzeni ostatniego roku, zdarzało mu się co prawda dawać drapaka, ale zwykle przed zdradzanymi mężami swoich kochanek. To zaś wymagało bardziej akrobatyki i szlachetnej sztuki skrywania się w ulicznych zaułkach. Bieg na wyścigi, zwłaszcza na nie tak znów krótkim dystansie, był dlań wysiłkiem nadludzkim i tylko instynkt przetrwania był wstanie zmusić go do takiej gonitwy. Wpadając na targ bydła, lub raczej na to co o zmroku z niego zostało, chrypił jak zarzynany wieprz, przed oczyma latały mu płaty ciemności a nogi omdlały powalając go na ziemię. Szczęściem, że był w stanie wypatrzyć ich pryncypała i wydyszeć co miał do przekazania pokonując ostatkiem sił organiczną konieczność złapania tchu. - Pa ... Panie Emeryku zbójcy nas ... napadli. Tam ... na rynku. He ...heee ... heeeee .... Pan Emeryk odwrócił się ku niemu ukazując potężną posturę zarośniętego draba odzianego w kubrak Emeryka i noszącego jego kapelusz. Rechot, który wydobył się z gardzieli brodacza, był niski, basowy i pasował do brutalnej twarzy z której się wydobywał. - Hehehe kamracie. Widać mamy dobry dzień, bo ptaszek sam nam w łapki wpada. Choć no tu, chłopcze! Powiedz no wujciowi Drago co też ci leży na wątrobie. No chodź! Wygląda jakbyś Bergmana spotkał a on falkenbergowych ludków nie lubi, oj nie lubi… – Mówił powoli, tak by klęczący Fabrizio, który wyglądał na na poły jedynie przytomnego, zrozumiał go dokładnie. Fabrizio, który obserwował go spod przymkniętych oczu, powoli zbierał siły dostrzegając również trzy leżące w błocie ciała. Gregor sprawiał wrażenie takiego, który walczył, wokół niego leżały dwa ciała napastników. Pozostali Jan i Hank leżeli ze sterczącymi im z piersi brzechwami strzał. Emeryka ciała Fabrizio póki co nie dostrzegł, ale dostrzegł jeszcze jednego zbója z łęczyskiem łuku w dłoni, spoglądającego nań z uśmiechem na szpetnej, ciętej czymś niegdyś i krzywo zrośniętej gębie. * * * Klaus skryty w półmroku spoglądał na walkę oprycha ze związaną dziewczyną. Widział jej upór i jej desperację, ale w tej chwili nie mógł uczynić wiele. Przemieszczał się powoli, utrzymując się cały czas w cieniu czujnie przeczesując wnętrze opustoszałej izby biesiadnej. Gdzieś tu był wszak jeden jeszcze oprych. Musiał mieć pewność, że nikt nań nie wyskoczy, jeśli chciał uratować dziewczynę. Nie musiał też do końca się oszukiwać, nie był pewien czy chciał. Nie podjął ostatecznej decyzji, podobnie jak skrępowany, leżący na ziemi Walter. Decyzję natomiast podjął drugi zbójca, który wychodząc z wychodka pod schodami nie tracił nawet czasu na zaplątywanie powtórnie troków u gaci. Zbliżał się do stołu na którym związana dziewczyna walczyła dziko o resztki swojej cnoty z brudnym, śmierdzącym i zarośniętym zbójem. I przegrywała tę walkę. Gisselle kopnęła dziko w przypływie desperacji i wnet poczuła, że trafiła. Uścisk zelżał a ona obróciła się jak fryga dostrzegając trafionego przed chwilą w samo krocze zbója, który wypuścił z płuc powietrze z dziwnym gwizdem, po czym cofnął się krok i drugi opierając się w końcu o jedną z kolumn na których wspierał się strop. Uwolniona od jego ciężaru chciała się zerwać i wybiec z krzykiem na zewnątrz, kiedy poczuła jak silne szarpnięcie za włosy rzuca ją na stół powtórnie. Drugi miał więcej rozumu i wpierw wymierzył jej trzy siarczyste policzki nie zwalniając chwytu na włosach. Jej głowa odskakiwała a w ustach pojawiła się krew co u zbója, który już dyszał na niej próbując szarpaniem uwolnić piersi z raka, wywołało jedynie uśmiech. - Suka! – wycharczał ten, który cały czas ciężko oddychał pod kolumną. - I jeszcze przez to będziesz drugi, Frank! – zarechotał ten, któremu mimo desperackiej walki, którą na powrót podjęła Gisselle, udało się obnażyć jej piersi i zmiętosić sutkę w brutalnym uścisku. Bawił się nią czerpiąc ze strachu jaki wypłynął na jej oblicze. Lubił strach swoich ofiar. Był dlań tak samo ważny jak spełnienie. Nie wiedział jednak, że się pomylił. Frank był pierwszy… * * * Bergman spojrzał uważnie w oczy krasnoluda, który wysunął się przed innych i nie było to spojrzenie ugodowe. Widać argumenta krasnoluda jakkolwiek ciężkie i warte rozpatrzenia, tu trafiały w próżnię. Semen, który z podobnymi ludźmi miał nie raz do czynienia, zrozumiał w jednej chwili, że bez walki się nie obejdzie. Bo choć teoretycznie Bergman wciąż miał wybór, to jednak jeśli miał zachować wśród swoich jakikolwiek mir, musiał ich zgnoić, zdeptać i wbić ich butę w błoto tej wiochy. Inaczej jutro przestał by być ich hersztem a wielce prawdopodobnym było, że rozstał by się i z życiem. Tak można było sądzić, dopóki nie odezwał się sam Bergman. Któremu stojący z tyłu zbójca coś szepnął do ucha. I który uciął wątpliwości jednym prostym zdaniem. - Jesteście tymi od Falkenberga. Czekalim na was. Zatem nie po dobroci! Oręż szczęknął w jednej chwili a Bergman i jego ludzie, którzy najwidoczniej nie raz już stawali do takiej rozprawy, zadziałali sprawnie, niczym jedno ciało atakując trójkę swoich przeciwników. Imrak zdążył uskoczyć przed zdradzieckim ciosem tylko dla tego, że ostrzegło go nagłe warczenie Skurwysyna. Semen, który się tego spodziewał skoczył równo ze zbójcami wchodząc za plecy krasnoludów, chroniąc ich plecy i wchodząc w krąg szóstki morderców. Walter, dla którego topór wciąż był nowum, zdawał się najbardziej powolny, więc nie było i nic dziwnego w tym, że właśnie on stał się obiektem wściekłego ataku trzech z sześciu zbirów. Udało mu się uskoczyć przed zdradzieckim pchnięciem miecza, sparować klingą topora drugi cios ale gorąc na udzie był żywym dowodem na to, że trzeci trafił. Krasnolud zaklął szpetni i dla odmiany sam zaatakował zauważając, iż Semen szybkimi cięciami swego topora zepchnął jednego z jego napastników do obrony. Zauważył jednak również, że sam wysunął się na tyle, iż z boku zachodził go jeden z dwóch walczących z Imrakiem zbójów. Bergman zaś pozwolił swoim ludziom na związanie w pierwszym starciu trójki podróżników. Cofnął się nawet o krok obnażając prosty wojskowy miecz a w drugiej ręce rozwijając łańcuch, na którego końcu wisiała złowieszcza, kolczasta kula. Swoboda zaś z jaką to zrobił dowodziła, iż zna się na robocie… * * * Gisselle poczuła jak leżący na niej, śmierdzący mężczyzna wsuwa rękę pod jej koszule, jak szarpie ubranie próbując dostać się do krocza i zaczęła wyć. Wyć z bezsilnej, desperackiej, kobiecej złości. Szarpała się gwałtownie próbując kąsać napastnika, lecz i on nie pozostał jej dłużny i silnym uderzeniem czołem ogłuszył ją na krótką chwilę. Czuła jego gorący język i brodę na swoim policzku, jego gorący oddech, jego ślinę, krew, krew… Coś zerwało z niej dziwnie szarpiącego się zbója w chwili, kiedy zbierała w sobie resztę sił do ostatniej walki. Przez ułamek chwili myślała, że to ten Frank i odskoczyła jak oparzona ze stołu, cofając się gwałtownie kilka kroków. Dopiero w tej chwili ostrzegła, że nad stołem stoi okrwawiony Klaus. A jej oprawca leży na ziemi desperacko próbując dłońmi zatamować krew, która buchała z rozciętego na całej długości gardła. Frank leżał pod kolumną, pod którą posłało go jej kopnięcie z podobnie rozpłatanym gardłem. Był pierwszy. Trzeci zbójca leżał na stole z mordą w misce, najwidoczniej nie będąc w stanie uczestniczyć w jakiejkolwiek zabawie swoich kompanów. Podobnie jak Walter, którego wywalone białka świadczyły o tym, iż najprawdopodobniej, poza skrępowaniem zbóje również pozbawili go przytomności… . | |